Wakacjeeeee….

Jak co roku tradycyjnie latem wakacje przypadają. Sezon ogórkowy na pisanie, więc o czym pisać? Hmmm, początek wakacji był pracowity, najpierw Guns & Roses nad morzem, parę dni później Scorpions na południu naszej Ojczyzny. Takem się umęczył, że nie było sił, by na bloga zajrzeć. Zresztą co tu pisać o koncertach takich legend, wiadomo, że musiało być cudnie i było! Potem 2 tygodnie wojaży po nadbałtyckich krainach, metalu tam jak na lekarstwo (nie licząc zardzewiałego posowieckiego żelastwa na jednej z 1500 estońskich wysp. Czas wracać na ziemię, czas coś sensownego wrzucić…Hmmm, chyba jeszcze nie dziś…Niech te upały się skończą!

Thunder, czyli burza przed ciszą

300px-Thunder_live_wolverhampton_2006

Tak se myślę przy święcie, co by tu napisać. A może by tak coś skrobnąć o pewnym brytyjskim starym już dość bandzie, który gra po amerykańsku? Uaj not?? A juści! Będzie o Thunder!!! Zespół gra typowego amerykańskiego hard rocka chodź z Brytanii pochodzi, od blisko 30 lat. Samo to nie jest wystarczającym powodem, by o nich wspomnieć, ale muzyka? A i owszem! Zespół przeżywał umiarkowany okres popularności na początku lat 90 x XX w. Grał równo, solidnie i potwornie zgrabne melodyjne kawałki tworzył. Wonczas poznałem ich kilka płyt, poczem przestałem śledzić ich poczynania. Przypomniałem sobie o ich istnieniu niedawno i dawaj nadrabiać zaległości! Przesłuchałem kilka płyt z XXI w i nie zawiodłem się ani trochę! Grają to co zawsze, bez kombinowania – ostro, melodyjnie z niezwykle sympatycznym ciepłym wokalem (Danny Bowes się zowie). Nie ma co polecać jakiejś konkretnej płyty, wszystkie (jest ich chyba ponad 10) są równe i godne polecenia. Idealne na poranną pobudkę jak i do kołyski!!!

Perkusistów było wielu, każdy wymiękał przy Powellu!!!

220px-Cozypowell2

Właściwie nie ma jakiejś specjalnej okazji, by kolejny wpis poświęcić jednemu z najwybitniejszych pałkerów świata. Wszak 20-letnia rocznica przedwczesnej śmierci dopiero za rok. Ale po co czekać? Prędzej czy później trza o nim napisać, bo grajek był to niezwykły. To nie tylko właściciel potężnego uderzenia w bębny, ale i uniwersalny muzyk grający wszystko, choć najlepiej zapamiętamy go za grę w hard – heavy grupach jak Rainbow, Whitesnake, MSG czy Black Sabbath. Wielką karierę zaczynał jednak od jazzrockowego bandu Jeffa Becka, potem zaliczył kilka solowych nagrań (Dance With The Devil był nawet hiciorem), zespół Bedlam, by w latach 1975-1980 współtworzyć Rainbow. Jego bębnienie na płycie ‚Rising” to absolutny wzorzec metalowej perkusji. Po odejściu z Rainbow nagrał 2 solowe płyty, grywał sesyjnie z wieloma wykonawcami, m.in. jego bębny słychać w 2-ch utworach na „Pictures at 11″ – solowym debiucie Roberta Planta – w genialnym zeppelinowym „Slow dancer” i cudownym „Like I’ve never been gone” (pytanie retoryczne, czyja gra robi większe wrażenie na tym krążku – Cozy’ego, czy grającego w większości utworów Phila Collinsa….). W połowie lat 80-ch grywał z Emersonem i Lakiem, potem w jednym z późnych wcieleń Black Sabbath a na koniec kariery trafił do zespołu powracającego na scenę Petera Greena. To właśnie wtedy widziałem go jedyny raz grającego na żywca. Nie było tam jednak mocnych rockowych fajerwerków, muzyka bluesowego weterana była raczej spokojna i subtelna. Miałem nadzieję jeszcze go zobaczyć jako członka bandu Briana Maya, ale niestety, Cozy oprócz szybkiej gry, lubił zbyt szybko jazdę i żywot swój zakończył za kółkiem mając ledwie 50 lat…

Dzień metalowca!!! Wszystkiego Najlepszego!!!!!!!!

Taaaaaaaaaaaaaak, to właśnie dziś przypada święto metalowca. My, starzy metalowcy obchodzimy go hucznie, ale chyba tylko w Polsce. Wprowadzono je ponad pół wieku temu w PRL-u. Wonczas każdy zawód miał swój dzień – było dzień glazurnika, hutnika, leśnika, górnika, metalowcy nie byli gorsi!!! No dobra, chwila refleksji – metal, rzecz święta, na święto zasługuje!!!! Jestem mniej więcej jego rówieśnikiem, gdy powstawał, ja uczyłem się chodzić, ale słuchać kilkanaście lat później. Kto to właściwie jest metalowiec? Hmmm, długie pióra i skóra? Niekoniecznie, to człek o gołębim sercu, który kocha czad gitarowy, ale i Chopina tudzież Beatlesów. Kocha Metallikę, AC/DC, Sabbath czy Motorhead, ale i nie pogardzi popeliną jak Styx czy Europe. Nikt mu nie zabroni też rozkoszować się Grechutą, Breakoutem, Skaldami a i Sex Pistols do piersi przytuli….Metalowcy wszystkich krajów łączcie się!

30 lat minęłoooo, czyli po prostu Whitesnake

Whitesnake_(album)

 

W tym roku jak co roku, wiele okrągłych rocznic się szykuje…U mnie w życiorysie jedna bardzo okrągła, uświadomiłem sobie właśnie, że jestem o połowę młodszy niż rewolucja październikowa (po rusku w skrócie WOR, czyli złodziej, co okazało się jak nabardziej uzasadnione…). Ale wpis przecie nie o tem, a o przyjemnościach niezwykłych. 30 lat temu nagrano i wydano jedną z najpopularniejszych płyt w dziejach rocka – płytę bez tytułu zresztą a „Whitesnake” lubo „1987″ o niej mówią i piszą…Ło matko, a ja pamiętam jakby to było wczoraj (a właśnie, co było wczoraj??? za cho….ę nie pamiętam). Słucham se jej właśnie po kilkunastu miesiącach przerwy i co słyszę? Ano to co zawsze w niej słyszałem – cudowne granie i śpiewanie do przecudnych melodii!! David Coverdale był jednym z mych ulubionych śpiewaków odkąd usłyszałem „Burn” Purpli, więc do wszystkiego co nagrał mam emocjonalny dość stosunek. Co tu gadać, 30 lat trzasło, a płyta nadal brzmi obłędnie, co wonczas było zaskoczeniem, gdyż Whitesnake po kilku latach sporej popularności był w totalnej rozsypce. W zasadzie ostał się jeno sam David, świeżo po kłopotach z gardłem. Ówczesny gitarowy wymiatacz – John Sykes (równie śliczny jak David!!!) i pałker weteran Ansley Dunbar grali króciutko w bandzie i zaraz po nagraniu krążka zeń odeszli. No i co z tego? Ano nic, płyta jest po prostu genialna choć komercyjna jak 100 łobuzów! Mało przed nią i mało potem powstało tak przecudnych piosnek jak „Is this love”, czy „Looking for love”. Czadu tyż nie brakowało – na czele z pompatyczno-zeppelinowym „Still of the night”. A na koniec wypowiedzi niniejszej – żal mi nieco dzisiejszych pokoleń, które szukają w muzyce nie wiadomo czego, a przecie tak prostej, cudnej, melodyjnej i czadowej muzyki już nie wymyślą, bo wymyślono ją dawno temu. No to zapytam głośno po raz 100-ny, po co mam słuchać dzisiejszych gwiazdek, jak to co najwspanialsze już powstało 50, 40 czy 30 lat temu??? David – sam powiedz, po co? Za 50 lat ta płyta nadal będzie słuchana, a kto będzie wówczas pamiętał o przeboikach roku 2017?

W Nowym Rocku po staremu????

Trzech Króli przeleciało, świętowanie pora kończyć….Nowy Rok to dla mnie już żadne święto, co tu świętować? Kolejny rok do licznika trza dodać…. Długo się zastanawiałem o czym ma  być kolejny wpis. Człek żem już wiekowy, to i pisać się nie chce za często, a tematów mnóstwo. Chciałem napisać o jakimś zapomnianym zespoliku, który na pamięć wieczną zasługuje. Wczoraj już prawie zasiadłem do klawiatury, bom posłuchał se starej naszej historii lat 80-ch XXw – 3-miejskiego Cytrusa. Ależ fajnie i miarowo grali !!!! Może jednak innym razem…Chciałem przysiąść wreszcie do napisania czegoś o Trapeze, jednym z mych ulubionych zagubionych w przeszłości bandów…Aż tu, jak to w życiu, totalna siurpryza! Udałem się dziś na koncert zespołu ludowego pieśni i tańca Śląsk! No bo czemu nie??? Jako stary metalowiec, korzeni się nie wypieram, ba, w dzieciństwie uwielbiałem muzykę ludową tę prawdziwą, przez folklorystyczne kapele serwowaną na kazimierskich scenach, a także i tę profesjonalną spod znaku Mazowsza zwłaszcza.

Śląsk przecudnie zapodał nasze kolędy a na finał „Karolinkę” co poszła do Gogolina. Ludzie!!! Spłakałem się normalnie!!!! (ostatni raz spotkało mnie to chyba na koncercie Black Sabbath ze 20 lat temu).

Taaaa, na stare lata robię się sentymentalny…Po tak cudnych pieśniach musiałem sobie wrzucić na patefon cuś na równie wysokim poziomie. Akurat pod ręką miałem genialne „Moving Pictures” Rush. Oj, chciałoby się na żywca ich kiedyś zobaczyć…

Come Taste the Band, come taste Tommy Bolin

220px-DeepPurpleComeTaste

 

W tym roku mija 40 lat od śmierci jednego z najciekawszych gitarzystów jakich nosiła ziemia. Tommy Bolin żył króciutko, ledwie ćwierć wieku, ale za swego życia zdążył nagrać kilkanaście płyt z różnymi zespołami, jako muzyk sesyjny i wydać 2 solowe albumy. Tyle niektórzy przez 1/2 wieku nie są w stanie zrobić….Sylwetkę Tommyego muszę kiedyś przypomnieć w osobnym wpisie, dziś przypomnę tylko 1ą z moich ulubionych płyt tego grajka a zarazem 1ą z najbardziej niezwykłych płyt Deep Purple! Tommy zdążył nagrać tylko ten krążek z legendarnym bandem. Zespół był na zakręcie, trwała karuzela zmian, odszedł właśnie Ritchie Blackmore, by założyć swoje Rainbow. Pozostali członkowie zastanawiali się, czy jest sens kontynuować działalność pod starym szyldem. Spróbowali raz jeszcze. Tommy był wyborem dość dziwnym, na co dzień grał najchętniej jazz rocka, ale zaliczył też kilka lat w fenomenalnym James Gang. To wystarczająca rekomendacja. Tchnął nowe życie w muzykę Purpli, świetnie się rozumiał z młodszą częścią zespołu, zwłaszcza z Glennem Hughesem. Płytę otwiera solidny, rockowo-purplowy „Comin’ Home” z mocnym, czarnym chropawym śpiewem Coverdale’a i typową Bollinową solówką, dalej mamy trochę funkowo-soulowych zagrywek w „Lady Luck” i  cudownie poszarpany „Gettin tighter” (typowo Hughesowy numer!), kolejne kawałki tyż nie od macochy, ale końcówka wręcz piorunująca – przecudne „This Time Around’ (znów Hughes na wokalu) i instrumentalne „Owed to ‚G’ a na koniec ‚You Keep On Moving’…

Po tej płycie Nazwa Deep Purple przeszła do historii na ładnych parę lat a kilka miesięcy potem Tommy już nie żył. Ten muzyczny geniusz niestety niezbyt dobrze się prowadził, podobnie jak mnóstwo innych muzyków…

21 Guns – bez pozwolenia na broń

Choć człek ze mnie wiekowy, wielem widział i słyszał, to wiele mi też umknęło z różnych powodów. Nie mam pojęcia jak mogłem przeoczyć istnienie przez kilka lat w I-szej połowie lat 90-ch XXw arcysympatycznego bandu o nazwie 21 GUNS. Przecie grał tam  Scott Gorham, gitarzysta mego ukochanego Thin Lizzy! Jak mogłem??? Pora nadrobić stracone ćwierć wieku, co jest o tyle łatwe, że zespół ów nagrał jedynie 2, cudownie melodyjne płytki ‚Salute’ i ‚Nothing’s Real’. Słucham se ich przeto co jakiś czas tupiąc nóżkami i kiwając główką z radości…Scott Gorham to w ogóle ciekawa i niezbyt doceniona postać. To on z gitarzystów grał najdłużej w Lizzy obok Lynnota (ponad 10 lat, aż do samego końca!). Świat jednak lepiej kojarzył Gary Moore’a (ledwie kilkanaście miesięcy w zespole), czy nawet Johna Sykesa (niewiele dłużej). Mr Gorham nie jest rasowym wymiataczem, po prostu gra swoje, bez wygibasów, ale wspaniale zawsze uzupełniał swych bardziej widowiskowych kolegów. Jest zaiste zgrabnym niezwykle melodykiem, co tak fantastycznie słychać na zapomnianych płytach 21 Gunsów – tym bardziej, że tam był jedynym wioślarzem…Gdyby ktoś szukał bardziej współczesnych jego dokonań – polecam jego najnowszy band Black Star Riders! Miodzio normalnie!!!!

Pete Goalby, ktokolwiek widział, ktokolwiek słyszał….

niech mi da znać natychmiast co ten facio porabia od 30 lat! Gdzieżeś chłopie? żyjesz li jeszcze???

Taaaa, są w historii ludzkości takie postaci, które gdzieś przemknęły, nawet wykorzystały swe 5 minut, poczem zniknęły, zakopały się w ziemi, uciekły na koniec świata. Pete Goalby, bo o nim mowa, to właśnie ktoś taki. Wypłynął pod koniec lat 70-ch XX w. jako utalentowany wokalista i gitarzysta rockowy, markę wyrobił sobie w cenionym wonczas Trapeze (w tym samym, w którym startował sam Glenn Hughes). Podobnież Ken Hensley chciał go ściągnąć do Uriah Heep, ale reszta zespołu postawiła na Johna Slomana. Hensley, jak głosi legenda, przełknął z trudem te nominację i wkrótce opuścił Uriah, doprowadzając ów band do rozkładu.

Ale wróćmy na chwilę do Trapeze. Nagrał z nim ledwie 1ą studyjną, fantastyczną płytę „Hold on”, dorównującą dokonaniom z okresu Hughesa. Potem tylko koncertowe „Live in Texas” i …kuniec. 2 lata później Mick Box reaktywując Uriah, już bez Hensleya sięga po Pete’a właśnie. Debiut tego składu – „Abominog”, to piorunujące uderzenie gitarowego jazzgotu z ostrym jak brzytwa wokalem Goalby’ego. Kolejne „Head first” też rozwala wszystkie mury czadem. Niestety, jeszcze tylko „Equator” i Goalby odchodzi…dokąd ? Ano nikt nie wie, porzuca branżę muzyczną i tyle go widzieli…Świat muzyczny poniósł niepowetowaną stratę, mało było i jest śpiewaków o tak potężnym głosie! Kilka lat temu TVP Kultura pokazała jakiś koncert Uriah z I-j połowy lat 80-ch. Pete wypadł fantastycznie nie tylko w swoich utworach, stare klasyczne numery z czasów Byrona zabrzmiały równie wspaniale. Tak se wonczas pomyślałem, oj Pete, egoista z Ciebie, mając taki power w gardle powinieneś dalej się nim  dzielić ze światem!!! Błagam Cię, zaśpiewaj coś!!!!!!!goalby

Wakacje!!!!!!!!! czyli plenerowe rzępolenie

Wakacje w pełni, to i z rzadka pisać się chce…A byłoby o czem, i nie mam na myśli li tylko wakacyjnych wspomnień czy sytuacji geopolitycznej. W muzyce się działo równie ciekawie!

Późna wiosna i lato sprzyja plenerowym koncertom, lubię je pasjami, zwłaszcza gdy grają za darmoche dla publiki.

Zacznijmy od początku. Najpierw była Armia, którą na żywca widziałem chyba pierwszy raz, choć żyję tyle co muzycy tej punkowej legendy. Panowie już bez irokezów, z brzuszkami, ale czadu dają jak ta lala!!! Tydzień później największa żyjąca polska legenda naszych czasów (wszak Niemen i Fogg już dawno muzykują w niebiesiech), czyli Perfect. Uświadomiłem sobie, że ostatni raz widziałem ich jakieś 16-17 lat temu. Jak ten czas zaiwania! Staruszkom jednak czas nie przeszkadza, Markowski drze japę jak ze 20 i 30 lat temu, a gitarowy duet Kozakiewicz-Krzaklewski to najwyższa światowa półka (jakoś mi nie żal Hołdysa…).

Mija tydzień i tym razem ukojenie mej duszy przynosi Zbych Wodecki z Mitchami, któren nad Wisełką cudnie pogrywa i śpiewa…Tego gościa czas także samo się nie ima!

A parę dni temu zwalające z nóg biblijne granie 2TM3 – tak powinny brzmieć wszystkie kościelne psalmy!!!!!

Wakacje dopiero w połowie…..